Bez tytułu 2

Autor: Czarna Porzeczka, Gatunek: Proza, Dodano: 30 września 2010, 11:08:54

Lola odnalazła mnie przez internet. Wnuk Edmunda przyszedł z karteczką na której zapisane było jej imię, nazwisko i numer telefonu. Zadzwoniłam od razu, ale nikt nie odebrał. Próbowałam później i kiedy telefon milczał przez kilka następnych dni, ogarnął mnie dziwny lęk, bo choć była dzieckiem szczęścia, ulubienicą Boga lub diabła, to przecież od pewnych rzeczy nie da się uciec (...). Odszukałam, tę fotografię zrobioną w sierpniu 46. Nie ma niej Loli, ale ja ją widzę, tak jakby to było wczoraj (...).

 

Szykujemy się na do Krasnosielca. Mama pakuje na wóz kartofle do sprzedania, kury, suszone grzyby i plecione koszyki we wszystkich rozmiarach . Ojciec zaprzęga. Dziwnie się czuję, kiedy tak patrzę na całą krzątaninę i nic nie robię, ale pomagać mi nie wolno. Ja, Jadzia i Edmund stoimy koło domu, a właściwie drewnianej szopy, która służy za dom i nie możemy się ruszać z miejsca. Zwłaszcza Edmund ma nakazane stać na baczność, bo zaraz by polazł na jakieś drzewo. My z Jadzią w nowiutkich sukienkach z kremowego płótna, białych skarpetach za kolano i butach tak pięknych, że nawet nie śmiem na nie patrzeć za długo. Prawdziwe czerwone lakierki. Siostra ma identyczne, tylko mniejsze, bo jest młodsza (...). Patrzymy jak Edmund przebiera nogami i jak gryzą go w tyłek te nowe, krótkie spodnie. Mama jakby wyczuła i nie patrząc na nas, krzyczy:

 

-         Muniek, nawet nie próbuj.

-         Ale ja nic nie robię

-         To nie rób

 

I wtedy na podwórko wpada Lolka.

 

-         Ciociu – krzyczy do matki, bo nie zauważa nas stojących rzędem pod domem – My też jedziemy. Może Danka usiąść na nasz wóz?

-         Lodzia, koń się płoszy – gani ją ojciec

 

Lola, rzeczywiście potrafi wrzasnąć. I ma na imię Leokadia, ale tylko dorośli tak do niej mówią. Wtedy nas zauważa i wszyscy widzimy, że normalnie opadła jej szczęka. Nie z zachwytu, o nie. Podchodzi i patrzy na nas jak na zjawisko pozaziemskie.

 

-         A wy co? Na pogrzeb? na wesele? Bo chyba nie na jarmark do Krasnosielca?

-         Na jarmark – mówi Edmund hardo

-         Czerwony krzyż znalazł w Elblągu wujka Bolesława i musimy zrobić zdjęcie żeby mu wysłać, bo tylko ta rodzina nam została - wyjaśniam

-         A my co, nie rodzina?

 

No tak, Nasza babcia i matka Loli, to siostry, więc ona jest jakby naszą ciocią, chociaż obydwie jesteśmy w tym samym wieku. Nie wiem co na to odpowiedzieć (...) ten tajemniczy wuj Bolesław jest jedyną rodziną od strony ojca. Rodzice mówią o nim z taką czcią, że wyobrażam go sobie jako jakiegoś króla. Takiego, jak Bolesław Chrobry w książce w szkole.

 

Lola wpatruje się w te piękne czerwone lakierki i całkiem niespodziewanie zaczyna nas straszyć:

 

-         A pamiętacie tę nauczycielkę z Gąsewa, którą zjadły wilki w tamtym roku?

 

My kiwamy tylko głową na tak.

 

-         Lodzia, nie opowiadasz im jakichś głupot? – pyta matka od wozu

-         Nie, nie ciociu – mówi Lolka

 

I pochyla się w stronę Jadzi, która zawsze boi się najbardziej.

 

-         Jak ją zjadły, to zostały tylko nogi i ktoś je znalazł. Ze dwa dni nie wiedzieli czyje te stopy są, bo nauczycielka szła w męskich butach.

 

Wytrzeszczamy oczy w oczekiwaniu na jakieś podsumowanie.

 

-         I co? – Nie wytrzymuje w końcu Jadzia

 

-         Jak ciebie zjedzą – Lola patrzy jej prosto w oczy – to od razu będzie wiadomo, czyje nogi zostały.

 

Ja już wiem, że ojciec będzie wściekły, bo przez następny tydzień, dopóki Jadźce nie wywietrzeje z głowy wizja samej siebie pożartej przez wilki, będzie spała z mamą. Lolka tymczasem odwraca się na pięcie i idzie na swoje podwórko, bo bez tłumaczenia wie, że nikt mi w takim ubraniu nie pozwoli iść na ich wóz.

 

Tak, Lola jest dzieckiem szczęścia (...).We wsi szepczą, że jej matka, ciotka Marysia, oddała duszę diabłu, żeby chociaż jedno jej dziecko uchronił od wojny. Jest inna od wszystkich dzieci we wsi. Radosna, pyskata, zawsze wie co odpowiedzieć. Jest przy tym grzeczna i urocza. Nie ma patykowatych nóg i zapadłych policzków. Wygląda zdrowo, tak, jakby nie przeżyła tych kilku lat w ziemiance. Jakby nie jadła zupy z pokrzyw, wody pieprzonej z kartoflami, szczawiowej bez śmietany i spleśniałego chleba. Nie znać trzech miesięcy w bydlęcym wagonie, po wysiedleniu, eksperymentów medycznych pod Gdańskiem, kilku miesięcy, kiedy się zagubiła i spędziła nie wiadomo gdzie. Lola wszystko rozumie po niemiecku i trochę umie czytać, ale mówić jej nie wolno. Matka nie pozwala.

Kiedy ciocia Marysia wróciła sama po wysiedleniu, była siwa jak gołąbek i straciła mowę. Nie odezwała się do nikogo ani słowem, dopóki Czerwony Krzyż nie przywiózł roześmianej Lolki z jakimiś transportem żołnierzy do rozminowania. Nawet nie wysłali listu, bo nie mieli adresu, tylko ją przywieźli i mieli zabrać z powrotem w razie, gdyby nikt na nią nie czekał. Po pół roku odnalazł się wujek, ojciec Loli i jakoś żyją, chociaż stracili dwóch synów (...).

 

 

Lolce w ogóle nie wolno mówić o wojnie. A ona mówi i to jak! Nie tylko o wojnie. Opowiada takie niestworzone historie, że pasanie krów w jej towarzystwie jest bardziej ekscytujące niż słuchanie radia u Kamińskich. Każda, nawet najbardziej niewiarygodna bajka brzmi w jej ustach jak prawda. I umie wymyślać świetne zabawy. Wszystkie dzieci chcą paść krowy, nawet Jadźka, ale ojciec jej nie pozwala. Ona ma paść gęsi i sypiać w łóżku ze mną i z Edmundem a nie z matką.

 

Jedziemy na ten jarmark i zaraz na początku idziemy do fotografa. Lola z nami, bo jest bardzo ciekawa. Ten nas ustawia: najpierw z ojcem i mamą (...), potem stajemy sami, we trójkę.

 

-         A ty nie chcesz zdjęcia? – Pyta fotograf Lolę, która patrzy z nieskrywaną zazdrością

-         Chcę, ale nie wiem, czy mama zapłaci

 

Wtedy wchodzi ciotka, pyta o cenę i mówi, że zapłaci. Stajemy więc jeszcze raz we czwórkę, ale fotograf jest niezadowolony. Każe Loli zdjąć chustkę i znowu na nas patrzy. W końcu każe nam wszystkim zdjąć buty i skarpety i bosym robi fotografię.

 

Potem Edmund i Jadzia się przebierają, a ja nie, bo w zamieszaniu mama zapomniała z domu moich codziennych ubrań.

 

Po wizycie u fotografa, długo jesteśmy w Krasnosielcu. Ojcowie coś załatwiają, zachodzą do karczmy, matki sprzedają to co przywiozły, a my – dzieci kursujemy od ojców do matek trochę z nudów a trochę po to żeby rodzice mogli wymieniać informacje. Po ile sprzedać koszyk, albo jak ktoś pyta, czy może zamówić drabinę i grabie. W międzyczasie siadamy na wozie i jemy chleb z mlekiem.

 

-         Przed wojną było tu pełno żydów, mówi Lola

-         A gdzie są teraz? – pyta Muniek

-         Niemcy ich wszystkich zamordowali i spalili w piecach w Oświęcimiu

-         E, tam – powątpiewam – wszystkich?

-         Prawie – mówi Lola ze wzrokiem utkwionym gdzieś w oddali – Tam były takie druciane płoty, widziałam z wagonu.

 

A my nie wiemy, czy mówi prawdę, czy jest to jedna z jej dziwnych opowieści.

 

Powoli ludzie rozjeżdżają się do domów i wtedy pojawia się jakaś kobieta gdzieś chyba z Przytuł i mówi, że ma krosna do sprzedania. Matkom świecą się oczy, bo w stare krosna spaliły się razem z domem na samym początku wojny. Jakby były krosna, to można by siać len i robić prześcieradła, chodniki z gałganków i trochę na tym zarobić. Biegniemy do ojców i trochę już podchmielonych wyciągamy z karczmy na naradę.

Rodzice ustalają, że matki pojadą większym wozem i zanocują u tej kobiety w stodole, bo jej bardzo zależy, żeby krosna szybko sprzedać, a ojcowie wrócą do domu. Co z dziećmi? Chcą do Przytuł? A niech jadą w cholerę.

 

Matki pakują na wóz to, co się nie sprzedało. Zaprzęgają lepszego konia rodziców Loli do naszego większego, pustego teraz wozu i ruszamy w drogę. Ojcowie, naszym siwym z Unry jadą niby do domu, ale wszyscy wiemy, że zajadą do karczmy i do domu ruszą dopiero wieczorem. Rozjeżdżamy się w dwie różne strony.

 

-         Prr.. – mama nagle zatrzymuje wóz

-         Co się stało? pyta ciotka

-         Te diabły się ponapijają i nie będzie nawet komu krowy wydoić. Niech Lodzia i Danka jadą z nimi

 

Nie jesteśmy zachwycone, ale z matką nie ma co dyskutować. Można co najwyżej zarobić szmatą po głowie. Nie chcę zostawiać swoich butów, więc ciotka pakuje mi je ze skarpetami do małego koszyczka i dorzuca parę kromek chleba zawiniętych w chusteczkę.

Biegniemy prosto do karczmy, ale już z daleka widzimy, że nie ma tam naszego wozu z koniem. Zaglądamy do środka i pytamy czy tata z wujkiem tu byli.

 

-         Nie było. Ktoś mówi, że kupili butelkę samogonu i pojechali

 

Ja od razu zaczynam płakać, bo zostałyśmy same kilka kilometrów od domu, ale Lolka daje mi takiego kuksańca, że o mało się nie przewracam.

 

-         Nie rycz, bo to nic nie da. Mało razy szłaś na piechotę?

 

Miałam nie płakać, ale naprawdę się boję. Co innego iść z matką i rodzeństwem a co innego samemu przez las. Wlokę się z tyłu i pochlipuję. Lola mnie łaskocze.

 

-         No przestań.

 

Poważnieje nagle

 

-         Płacz wywołuje z lasu zmory. Tu wszędzie pełno złych niemieckich dusz. Czują płacz i robią się głodne krwi. Wabią ludzi opowieściami o skarbach i prowadzą na pole minowe. Pamiętasz? Ten Kazik poszedł, chociaż było napisane, że nie wolno.

-         Może nie umiał czytać?

-         Każdy głupi wie, gdzie jeszcze nie rozminowane. Nie wolno płakać i tyle

 

To mnie przekonuje. Przestaję, ale cały czas mam wrażenie, że duchy obserwują nas zza drzew. Bolą mnie nogi, bo zanim zdjęłam swoje lakierki, to zdążyły mi zrobić na piętach dwie krwawiące rany.

 

-         Wskakuj, to cię poniosę

 

Wskakuję Loli na plecy a ona mnie niesie kawał drogi. Śmiejemy się już obydwie, kiedy zza zakrętu wyjeżdża wóz, a na wozie chłop.

 

-         Przepraszam – krzyczy Lola z daleka – Pan może na Zawady?

 

Nie na Zawady. Na stary Podoś, ale do Sulichy może nas podrzucić. Lola rozmawia z nim jak dorosła. Opowiada swoje historyjki a chłop zaśmiewa się do rozpuku.

 

-         Takiego dziecka tom jeszcze nie widział – mówi jej komplement – ile ty masz lat?

-         Jedenaście

-         To prawie panna, niedługo trzeba będzie iść za mąż

-         Nie – mówi Lola poważnie – ja pójdę się uczyć

-         A tam, uczyć – drwi chłop – jak jesteś jedna w domu, to ojciec cię nie puści. Kto zostanie na gospodarce?

 

Tu Lola bez słowa zeskakuje z jadącego wozu, mówi „dziękuję”,  „do widzenia” i skręca prosto w stronę rzeki. Nie zdążyłam się nawet przestraszyć. Łapię koszyk, w te pędy skaczę za nią i też skręcam na ścieżkę.

 

-         Co ty robisz?

-         Nic – stwierdza – jak stary dziad mówi ci, że pora się żenić, to lepiej się zabierać, bo nie wiadomo, co mu do głowy przyjdzie. Już niedaleko.

 

Wzruszam ramionami, bo przecież nie o to jej chodziło.

Na razie siadamy przy drodze, wyciągamy bolące, brudne nogi, dzielimy równo chleb i odpoczywamy.

Chodź mówię w końcu, bo po słońcu widzę, że do wieczora już niedaleko.  Wleczemy się wzdłuż rzeki i mijamy rozdroże na Zawady, bo bliżej jest skręcić w miejscu gdzie pasiemy krowy.

 

-         Zobacz – Lola pokazuje mi kładkę na Orzycu – Tam po drugiej stronie są wczesne orzechy. Idziemy?

-         Nie, już późno

-         A o której prowadzisz do domu krowy? Wystarczy jak dojdziemy przed zmrokiem

 

Wydaje mi się, że ojciec nieźle by mnie sprał, gdybym przyprowadziła krowy o tej porze, ale potulnie idę chybotliwą kładką za Lolą.

 

Orzechy są tuż za rzeką. Rzeczywiście całe mnóstwo leży ich pod leszczynami, chociaż jest dopiero końcówka sierpnia. Słońce już zachodzi, ale wyjmuję buty i skarpety z koszyczka i zawiązuję w chustkę, w której wcześniej był chleb. Szybko napełniamy mały koszyk, a Lola zbiera jeszcze w spódnicę. Buszuje w tych liściach, a ja słyszę wycie. Daleko, gdzieś w „Krasieniaku” i tylko pojedynczy skowyt, ale czuję, że jeżą mi się włosy.

 

-         Lola, wilk wyje – mówię szeptem

 

Ona przestaje grzebać i nasłuchuje dłuższą chwilę. Cisza. Patrzy mi w oczy i już wiem, że za chwilę powie coś strasznego.

 

-         To nie wilk – mówi – To wilkołak

-         Lola nie strasz mnie – krzyczę

-         Pamiętasz tego chłopaka, z Sulichy, którego pogryzł pies?

 

Chciałabym zatkać uszy, ale nie mogę. Słucham, chociaż zimny pot spływa mi po karku.

 

-         To nie był pies, tylko wilk. I ten chłopak zamienił się w potwora. Piana płynęła mu z ust i chciał pogryźć własną matkę. Potem, nie umarł, chociaż tak mówią, tylko zamienił się w pół zwierzę, pół człowieka i uciekł do lasu. Z daleka czuje ciepło ludzkiego ciała...

 

I w tym momencie obydwie słyszymy wycie. Nie wiem, czy bliżej, czy nie, a za chwilę z drugiej strony odpowiada jeszcze jedno zwierzę. Rzucamy się do ucieczki. Wilków boi się nawet Lola. Wbiegam pierwsza na kładkę i dokładnie w połowie drogi tracę równowagę. Najpierw do wody lecą moje lakierki w zawiniątku, potem orzechy razem z koszykiem, na końcu ja. Zaraz za mną skacze Lola, bo wie, że słabo pływam, ale najpierw goni buty i koszyk. Wyławia wszystko oprócz orzechów, pomaga mi wyjść na wysoki brzeg i przez zagajnik biegniemy w stronę wsi. Między drzewami prawie ciemno.

Wybiegamy na pastwiska, gdzie jest trochę jaśniej i stajemy jak wryte. Przed nami całkiem niedaleko sunie w mroku jakaś garbata postać.

 

-         Wilkołak! – szepczę i patrzę na Lolę, która nie wydaje się ani trochę przestraszona

-         Głupia jesteś – rzuca – nie ma żadnych wilkołaków, to Michał

 

Mówi to z takim spokojnym przekonaniem, że prawie jej wierzę, ale Michał, jej brat zginął na wojnie. Nawet nie mogłaby go pamiętać.

 

-         Będę się mogła uczyć – mówi bezwiednie, i biegnie w stronę tego kogoś – Michał! – woła już głośno

 

Ten człowiek z plecakiem odwraca się i Lola wpada wprost pod jego ramię. To chyba naprawdę Michał, chociaż zupełnie go nie pamiętam.

 

-         Coś taka mokra? – Pyta on, tak jakby widzieli się zaledwie wczoraj.

-         Łowiłam Dankę – Szczerzy się Lola i pokazuje na mnie głową

-         Chodźcie, bo wilki wyją - mówi Michał, bierze Lolę za jedną rękę, mnie za drugą i bez słowa ruszamy do wsi.

 

W domu okazało się, że buty w zawiniątku rozmokły, bo były zrobione z lakierowanej tektury, a sukienka straciła fason. Jeszcze tego samego roku, przed zimą pojechaliśmy do Elbląga na zawsze, i kontakt nam się urwał. Kiedy nie chcieliśmy się uczyć, to nasza matkka wspominała Lodzię, która tak chciała iść do szkoły, że ściągnęła swojego brata zza grobu (...). Zdjęcie jest czarno – białe i tylko ja pamiętam, że te lakierki były czerwone.

 

Komentarze (4)

    • . .
    • 06 października 2010, 13:22:56

    Proste, a jakie bogate. Wzbudza refleksję - zwłaszcza u historiofilów. Jest głębia i światło.

  • Czarna porzeczko, każde twoje opowiadanie to cymes:)

  • A klimaty topograficznie mi bliskie ,Krasnosielc w Przasnyskiem - o rzut beretem, rzeka Orzyc . Ukłon wielki!

  • Bardzo dziękuję. Okolice cudne, chociaż dawno tam nie byłam. W Zawadach zrobili asfaltówkę. Od 1946 na pewno sporo się zmieniło ;)

Musisz być zalogowany, żeby dodawać komentarze. Zaloguj się
Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się