Bez tytułu (naprawdę ostatnie)
(...) Z trudem przedzieram się przez zdziczałe podwórko. Wszystko zarosło drzewami, czarnym bzem wyższym od domu i pokrzywami. Stodoła zawaliła się od śniegu kilka zim wcześniej i nie ma po niej śladu. Obora jeszcze stoi, ale dach też runął.
Nie mieszkam tu od dawna, ale przyjeżdżam raz w roku, żeby zobaczyć, czy nikt się nie włamał i czy dach domu nie przecieka. Dzisiaj po raz ostatni (...).Wchodzę i czuję jak czas się cofa. Poza grzybem w sypialni wszystko jest tak jak było. Nie zabrałam mebli, bo u córki nie było na nie miejsca. Stoją te stare szafy i solidne drewniane łóżka niewzruszone upływem czasu. Kuchnia węglowa, jakby wygasła tylko na chwilę, kusi, żeby w niej znowu napalić, ale nic z tego. W kominie mieszkają kawki i cały dym idzie na dom. Próbowałam w tamtym roku.
Zastanawiam się, co mogłabym stąd zabrać, ale oprócz mebli, i gratów na strychu nic nie zostało. Wdrapuję się na ten strych, choć nie jest łatwo. Płyty winylowe moich córek, wiklinowy chodzik, połamana kołyska, jakieś szmaty, zdekompletowany adapter. Wszystko pójdzie na stracenie. Wracam i nagle pod nogami widzę zdjęcie. Jesteśmy na nim: Ja, Heniek, Zbyszek, mój brat, jego żona Janka i starsze córki. Malutka Marta w białej sukieneczce. To jej chrzest. Przypomniałam sobie nagle, dlaczego zdjęcie zamiast do rodzinnego albumu powędrowało na strych. Parskam śmiechem, bo teraz to trochę zabawne, ale wtedy nie było mi do śmiechu, o nie.
Marta urodziła się w styczniu. Powinniśmy ją ochrzcić wcześniej, ale najpierw były zaspy, a potem błoto. Ten kto nie był w Zadębcach wiosną, nie ma pojęcia jak może wyglądać błoto. Po deszczu ślizga się wóz, konie przewracają z kwikiem i wpadają w panikę. Błoto oblepia buty i nigdy nie odpada dobrowolnie. Po przejściu piechotą kilku kilometrów gumowce zmieniają się potworną brązową bryłę, od której ciężko jest dźwignąć nogę. Wiosną błoto jest jak bagno. Kiedyś Małgośka, szła do szkoły i za blisko podeszła do gigantycznej kałuży, którą zamierzała ominąć. Zanim się zorientowała była wessana po kolana. Na ratunek ruszył syn Zbyszka i efekt był taki, że obydwoje przyszli do domu boso, zmarznięci, ubłoceni po uszy i ledwie żywi. Teczka z książkami Małgośki i gumowce obydwojga znikły w błotnej otchłani.
Dzieci z tej części Zadębiec chodziły do szkoły codziennie po 4 kilometry w jedną stronę. Młodsze trochę bliżej do Janek, gdzie była trzyklasówka, a reszta do Mojsławic. Musiały sobie radzić.
No i przez to błoto chrzest się odwlókł. Potem było lato, plewienie buraków, porzeczki, żniwa i nagle się zrobił sierpień a Marta ciągle nie chrzczona.
- Ochrzcimy ją na Zielnej – zdecydował Heniek – Tak bez przyjęcia, bo rano trzeba iść w pole, a zabalujemy na Wszystkich Świętych. Wtedy się cała rodzina zbierze bez problemu. Rano pójdziemy na groby, a wieczorem opijemy chrzciny
Wzruszam ramionami, bo wszystko mi jedno, patrzę na tego mojego Heńka i jeszcze jestem na niego wściekła o to, że zrobił kolejne dziecko. Od trzynastu lat na przemian jestem w ciąży, rodzę i karmię piersią. Mam tego dość. Nie lubię dzieci i nie cierpię chodzić w spódnicach. Lubię konie i najlepiej w całej okolicy układam je do chodzenia w zaprzęgu i zajeżdżam pod siodło, chociaż tutaj w siodle nikt nie jeździ, tylko wozem. Ale na wszystkich moich koniach można jeździć wierzchem. Potrafię też, jak kowal strugać kopyta i mam do tego narzędzia. Trudno zajeżdżać konie z brzuchem.
Na szczęście Heniek lubi dzieci i jakoś tak naturalnie bierze na siebie część obowiązków kiedy się rodzi kolejne. W każdej ciąży marzę o tym by urodził się chłopak, ale Bóg nie jest skory do spełniania moich marzeń. Pewnie dlatego, że nie chodzę do kościoła, Marta jest już piątą córką.
Bezbożnicą też zostałam przez Heńka. I przez dobre serce. Kiedyś, między trzecią a czwartą córką, Heniek spadł ze stryszku nad oborą i strzaskał sobie nogę. Leżał biedaczysko w szpitalu kilka ładnych miesięcy i był strasznie nieszczęśliwy. Przyjeżdżałam do niego z radiem odprawiałam dziewczynki na korytarz i prosiłam o parawan, że niby chcę męża umyć. I myłam, a potem nastawiałam głośno radio i pocieszałam go jak mogłam. Dopiero po latach dowiedziałam się, że to co robiliśmy wtedy, to miłość francuska. Myślałam, że to nasza miłość, polska, pszenno – buraczana, bardzo nieprzyzwoita, ale nie mogłam patrzeć, jak chłop się męczy w tym szpitalu. Myślałam, że popełniam straszny grzech, ale nijak nie umiałam go z siebie wydusić przy konfesjonale. Wolałabym się chyba przyznać do morderstwa. Poza tym jakoś nie mogłam wzbudzić w sobie żalu i postanowienia, że nie zrobię tego nigdy więcej. A jak przestałam się spowiadać, to po co chodzić do kościoła?
Później Heniek miał trzy operacje w szpitalu w Lublinie i noga się zrosła, chociaż utykał do końca życia. Ledwie wrócił do domu, a ja znowu byłam w ciąży. Emilka miała być już na pewno ostatnia. Marta też miała być ostatnia, ale po niej urodziły się jeszcze Regina i Agata.
Uwiódł mnie na długo przed ślubem. Nie wiem, czy go kochałam, ale kiedy na mnie patrzył, nie mogłam się oprzeć. Teraz, po latach myślę, że jednak kochałam. Był dobrym mężem. Pił wprawdzie codziennie i był uzależniony od tabletek z krzyżykiem, ale miał w sobie spokój i ciepło. Nigdy się nie awanturował, nie podniósł na mnie ręki, co w tamtych czasach nie było normą, no i był czysty. Lubiłam patrzeć jak wieczorem zapędza dziewczyny do łóżek, niespiesznie grzeje sobie wodę i nalewa do miednicy. Wypalał przy tym ze sześć papierosów i cały dom zasnuty był siwym dymem. Ja leżę w łóżku i już mnie skręca, a on najpierw myje się od góry, a potem wpatrzony w dal moczy nogi. Później sprawdza, czy dziewczyny śpią, a jak nie śpią, jeszcze czyta gazetę przy lampie. Zimą naprawdę dużo czasu spędzaliśmy w łóżku. Bardzo mnie teraz bawią wszechobecne porady i przemądrzałość w sprawie seksu. Oj, młodzi. Spędzilibyście tydzień bez elektryczności w środku zimy, to dowiedzielibyście się co to znaczy seks.
Tuż przed chrzcinami zabiliśmy świnię. Nie dla gości. Zwyczajnie, zapasy się skończyły. Heniek pijany bardziej niż normalnie, czeka w domu, aż zabijana przez sąsiadów „kudłata” wyda ostatnie tchnienie. Zupełnie otwarcie zatyka uszy rękami, a ja nawet nie komentuję, bo wiem jak cierpi. Gdyby Heniek dożył dzisiejszych czasów, byłby obrońcą praw zwierząt i wegetarianinem. Wszystkie nasze zwierzęta miały imiona, nawet kury.
Kudłata poległa i poszliśmy ją opalać, myć i oprawiać. Trzeba było się szybko ze wszystkim uwijać, bo chociaż wybraliśmy chłodniejszy dzień, to jednak było lato i wszędzie pełno much. Ganialiśmy jak opętani do jedenastej w nocy. Nie było lodówek. Mięso trzymaliśmy w marynacie, w soli, robiliśmy kiełbasy i kaszanki. Później poszłam przewinąć Martę, przyłożyłam na chwilę głowę do poduszki i obudziłam się nad ranem. Heńka nie było. Karmiłam małą i zastanawiałam się, co się stało. Zawsze spał w domu. Nie martwiłam się bardzo, byłam raczej zbita z tropu. Pomyślałam, że może pójdę do Zbyszka, bo pewnie u niego zapił i tam poszedł spać.
Nie zdążyłam nic postanowić, bo Heniek cały i zdrowy zapukał w kuchenne okno.
- Gdzie ty byłeś?
Mówi, że zamknęłam drzwi na zasuwkę, nie mógł mnie dobudzić i nocował na sianie. Racja, drzwi były zasunięte (kiedy ja to zrobiłam?), ale okno w naszym pokoju było otwarte, mógł wejść oknem. Nie wpadł na to.
Śmiać mi się chce, bo jest zmarznięty, zdenerwowany a z włosów sterczą mu źdźbła siana. Nie kładziemy się już, tylko kończymy robotę ze świnią. Mielemy smalec na skwarki, a Heniek jakiś małomówny. Chodził taki osowiały aż do chrzcin i nie chciał powiedzieć o co mu chodzi.
Do kościoła do Trzeszczan pojechaliśmy na dwa wozy. Mój brat nie ma konia i trzeba zabrać sąsiadów. Heniek rzuca jeszcze na wóz rower. Skoro ma nie być imprezy po chrzcinach, to on sobie posiedzi w knajpie i wróci rowerem. Osiem kilometrów po pijanemu, ale niech mu będzie. Kolebiemy się w tym pyle przez dobrą godzinę. Pod górkę i z górki i pod górkę i z górki. Taki teren. Albo błoto, albo pył i prawie nigdy równo. Przed Trzeszczanami zatrzymujemy się, poimy konie i otrzepujemy ubrania.
Chrzcimy małą na sumie. Ksiądz nie pyta, czemu nie przyjmuję komunii, wszystko przebiega leniwie i bez zakłóceń. Po mszy robimy zdjęcie, jemy jakieś kanapki i można wracać. Wszyscy, oprócz Heńka pakujemy się na wozy. Tym razem na moim siedzą tylko kobiety i Marta. Dzieci i mężczyźni jadą na drugim. Ujechaliśmy może z pół kilometra, kiedy zaczynam wyłapywać strzępy rozmowy między kobietami. Zabawiają małą i mówią półgłosem o mnie i o Heńku. Że Ten skurczybyk ma romans ze sklepową, a jak nie ma, to za chwilę będzie miał, bo tamta ma na niego oko. Młoda wdowa z jednym dzieckiem. Znam ją. Męża jej zabiła młockarnia ledwie rok po ślubie. Pewnie, że ładna. Baby myślą, że ich nie słyszę i gadają coraz śmielej, a mnie jakby ktoś uderzył obuchem. Zaczynam sobie przypominać, że jeździ do tego sklepu prawie co dzień od kilku miesięcy. Niby wraca na czas, ale zawsze jakiś poruszony. I ten nocleg na sianie też mi się nie wydaje taki normalny. Pewnie sam zamknął drzwi na zasuwę i wyszedł oknem.
A baby mówią, że ona tam jest z nim teraz i że pewnie razem wrócą. Wyobrażam sobie jak ją wiezie na ramie roweru i wydaje mi się to takie intymne, że chyba wolałabym sobie wyobrazić jak ją całuje. I nagle przestaję nad sobą panować. Zatrzymuję konie i zeskakuję na ziemię. Nie widzę zdziwionych spojrzeń i nie odpowiadam na pytania. Wyprzęgam Astrę, zdejmuję buty, łapię bat i wracam do Trzeszczan. Nie jest łatwo jechać na koniu bez siodła, ale ja często jeżdżę, zwłaszcza na krótkich dystansach. Astra trochę „tańczy”, kiedy na nią wskakuję, ale szybko się uspokaja. Lecę galopem. Jedną ręką trzymam się grzywy a w drugiej ściskam bat. Czuję jak z emocji, zaczyna mi płynąć mleko z obu piersi. Widzę ich z daleka. Nie siedzą w karczmie, tylko stoją na krzyżówkach przed kościołem i rozmawiają, tak jakby dopiero się spotkali. Zwalniam Astrę. Nie ma wędzidła i cugli, więc ciągnę za grzywę i mówię prr, tak jak wtedy, kiedy chodzi w zaprzęgu. Przechodzi do kłusa i zatrzymuje się idealnie przy bardzo zdziwionym Heńku. Mam tyle rozumu, żeby nie machać batem siedząc na koniu. Zeskakuję i wtedy nerwy całkiem mi puszczają.
- Za Małgośkę – krzyczę i walę tym batem na oślep – Za Magdę, za Baśkę, za Emilkę, za Martę. I jeszcze za każdą podwójnie, już bez słowa. Heniek oberwał a ja zamierzam taką samą porcję wlepić tej wypindrzonej suce, która jakby miała trochę rozumu, uciekałaby w te pędy. Smagnęłam ją tylko raz i Heniek złapał mnie za ramiona.
Nic nie mówi, obejmuje mnie tylko z tyłu dopóki nie zaczynam płakać i nie opuszczam bata. Ta głupia krowa stoi z wytrzeszczonymi oczami, a Astra spokojnie skubie trawę.
- Ty draniu – mówię nawet spokojnie - Jak chcesz z nią być, to bądź, ale w domu nie chcę cię więcej widzieć. Nie przychodź po rzeczy, bo nic nie dostaniesz. Dzisiaj masz podjąć decyzję. Albo z nią kończ, albo ze mną.
Wyszarpuję się z jego uścisku wsiadam na konia i wracam do wozu. Cisza. Nikt mnie o nic nie pyta. Zaprzęgam i jedziemy z powrotem. Mam w głowie pustkę. W domu karmię wszystkie zwierzęta, doję krowy na wieczór, robię kolację dla dziewczynek i nie śmiem spojrzeć na zegarek. Jestem przekonana, że po tym co zrobiłam, Heniek nie wróci. Ja bym nie wróciła. Zaczynam snuć wizje życia bez niego, jakiś koszmar. Kładę się wcześnie i próbuję zasnąć.
Wraca przed północą i wręcza mi łaciatego, kudłatego szczeniaka. Takie przepraszam. Myje się jak co wieczór, nieśmiało przytula mnie w łóżku i wstaje co chwilę, kiedy szczeniak zaczyna popiskiwać, albo płacze Marta.
Potem wszystko wraca do normy. Nie rozmawiamy nigdy o tej dziewczynie, która chciała mi go ukraść. Zresztą za parę lat wyszła za mąż i wyjechała do Siedlec. Póki była, nikt z nas nie jeździł do sklepu w Zadębcach, chociaż do Mojsławic było dużo dalej.
Przeżyliśmy razem prawie ćwierć wieku a mnie wciąż wydaje się, że to była jedna chwila. Zmarł we śnie jak miał zaledwie 44 lata. Bóg zabrał go tak wcześnie, żeby nie musiał patrzeć, jak kolejno odchodzą nasze córki. Serce by mu pękło. Małgośka zachorowała na białaczkę i zmarła półtora roku po nim. Baśkę zastrzelił mąż milicjant, Emilka zginęła w wypadku samochodowym, a Magda, która zamiłowanie do trunków i skoków w bok odziedziczyła po ojcu, zachłysnęła się własnymi wymiocinami i zadusiła podczas snu, po jakiejś imprezie. Wychowałam trójkę jej dzieci i najbardziej dziwi mnie, że wszyscy wyrośli na porządnych ludzi. Marta wyjechała do Kanady. Widuję ją raz na kilka lat, a jej dzieci w ogóle nie mówią po polsku. Regina mieszka we Francji. Została mi Agata z rodziną. Na ironię ta, której nie chciałam najbardziej dała mi w życiu najwięcej radości. Jest po Heńku, ciepła i spokojna, a po mnie mądra.
Gospodarstwo zostało sprzedane, ale nikt tu nie będzie mieszkał. Kto by chciał żyć w polach, kilka kilometrów od szosy. Cała działka pójdzie pod pole uprawne, bo ziemie są tutaj najlepsze w Polsce. Dom wyburzą, wykarczują stary sad, zasypią studnię. Za parę lat nikt nie będzie wiedział, że na tym skrawku pola toczyło się życie. Ktoś kochał, ktoś zdradzał, ktoś umierał, rodziły się dzieci i pasły najpiękniejsze konie w okolicy. Tyle wspomnień (...).
Komentarze (6)
-
- Wanda Szczypiorska
- 25 października 2010, 01:37:47
Bardzo piękne opowiadanie.
-
- Jarosław Trześniewski
- 25 października 2010, 11:29:41
I mnie tez się spodobało.
-
- Dobrosław Janka
- 25 października 2010, 14:45:31
Przeczytałem z wielką przyjemnością. Żałuję że nie jest dłuższe.
p.s. bardzo dobrze znam okolicę:) -
- Adam Byrski
- 26 października 2010, 09:47:58
Podpisuję się pod słowami przedmówcy. Mimo że mam dopiero 20 lat, to także znam te klimaty. Pochodzę ze wsi :) Dokładnie Beskid Mały.
-
- Czarna Porzeczka
- 09 listopada 2010, 23:39:42
Bardzo dziękuję za wpisy. Dobrosławie, zastanawiam się, czy znasz Zad ebce, czy tylko wiejskie klimaty? Miejsca w opowiadaniach są prawdziwe, ale osoby wymyślone, choć czasem posiadają cechy ludzi, których znam.
-
- Dobrosław Janka
- 18 listopada 2010, 11:26:21
Znam miejsca o których piszesz :)