Zamość
Nie chciałem jechać do Zamościa. Mógłbym przecież opuścić jedną konferencję, ale Krzysztof się uparł. Nie wymyślaj – powiedział – Zamość jest naprawdę ładny. Pewnie nigdy tam nie byłeś? Byłem, ale zabrakło mi argumentów, żeby odmówić.
W wolnym czasie pojechałem na stare miasto i poszedłem do kościoła w którym modliliśmy się co niedzielę, wiele lat wcześniej, z moją ciotką Magdą. Głupi czas, kiedy człowiek dopiero poznaje siebie i buduje system wartości. Magda była wtedy dla mnie całym światem. Możliwe, że tak jest nadal. Pamiętam ją właśnie modlącą się w tym starym kościele, pośród strasznych malowideł, skupioną na intencji, którą sobie wymyśliła na tę niedzielę. Wierzyła w Boga, jak nikt inny. Kochana Magda. Ma teraz 39 lat, dorosłe i dorastające dzieci. Co się z nią dzieje? nie wiem.
Spacerowałem po tym kościele nabuzowany wspomnieniami, aż dotarłem do obrazu Matki Boskiej. Ulubiony obraz Magdy. Już miałem wyjść, kiedy mój wzrok zatrzymał się na gablotce z kosztownościami podarowanymi przez wiernych i poczułem, jak krew odpływa mi z twarzy. W gablotce był pierścionek, który doskonale znałem. Właściwie męski złoty sygnet z brylantem tak wielkim, że można by za niego kupić trzy wioski. Tak mówiła moja matka. To był mój sygnet, a ja podarowałem go Magdzie właśnie tego ostatniego wspólnego lata.
To był rok bez jabłek. Tak właśnie dzieliła lata babka: na te, w których jabłonie gięły się od owoców i te, kiedy parę smutnych zawiązek zdobiło szczyty drzewek. Podobno trzeba było zrywać część kwiatów w urodzajnym roku, żeby w następnym drzewa owocowały, ale nikt tego nie robił, więc lata były, na przemian, obfitujące w owoce i pozbawione ich zupełnie.
- Przyjedź, mówiła babcia do telefonu, chociaż jabłek w tym roku nie będzie. Tak, jakby to mogło mieć wpływ na moją decyzję. Odmawiałem wyjazdów na kolonie i obozy, nie chciałem jechać na wczasy do Bułgarii z rodzicami, ani ganiać z chłopakami nad morze w Kołobrzegu w którym wtedy mieszkałem. Trzeciego dnia wakacji zawsze byłem w Zamościu i wpadałem w ciepłe ramiona Magdy, która też czekała na mnie cały rok. Była moją ciotką, ale byłem od niej starszy o całe cztery miesiące.
Wtedy myśleliśmy, że w związku z naszymi narodzinami matka i babcia wpadły w jakiś konflikt, który trwał do końca. Przeważnie odwoził mnie ojciec a kiedy robiła to matka, zawsze wracała do domu jeszcze tego samego dnia w którym mnie przywoziła. Kiedy podrosłem, jeździłem sam nocnym pociągiem z przesiadką w Warszawie. Pamiętam każde spędzone tam wakacje, od czasu jak zacząłem się uczyć. Cudowne dziecięce wspomnienia. Budowaliśmy szałasy w sadzie, robiliśmy domki, zbieraliśmy szkiełka, graliśmy w gumę z córką sąsiadów i w klasy, urządzaliśmy konkursy siłowania na rękę, zapasy, wojny, później coraz częściej włóczyliśmy się po mieście. Chodziliśmy na rynek, pod jednostkę wojskową, gdzie obok kasyna stał samolot, na cmentarz i gdzie się tylko dało. W deszczowe dni graliśmy w karty, okręty i państwa – miasta. Znosiliśmy ze strychu stare numery „Świata młodych” wycinaliśmy komiksy i wklejaliśmy do zeszytów A4 klejem gotowanym z mąki i octu. Magda mówiła na mnie Kajko, Jak ten Kajko od Kokosza z komiksu.
Niewinnie przestało być w piętnastym roku naszego życia. Kiedy mieliśmy po 14 lat była ode mnie wyższa i coś się popsuło. Spędzała czas z dziewczynami na pogaduszkach, a ja ciągle, jak dzieciak bawiłem się z chłopakami w wojnę. Ale już za rok dogoniłem ją wzrostem i też mi się nie chciało bawić w dziecinne zabawy. Z tego, że obydwoje się zmieniliśmy, zdałem sobie sprawę podczas zapasów. Magda była bardzo sprawiedliwa, jeżeli chodziło o ilość zabaw babskich i męskich w naszym planie dnia. Ja musiałem się bawić lalkami jak byliśmy młodsi, a ona uczestniczyła we wszystkich zabawach dla chłopaków. Zapasy uwielbialiśmy obydwoje i walki traktowaliśmy bardzo serio. W pokoju dziadka był okrągły dywan który służył za matę. Mocowaliśmy się na nim do upadłego. Dziadkowie nie raz musieli interweniować, bo obydwoje płakaliśmy z wysiłku a nikt nie chciał przerwać rozgrywki. I wtedy, w piętnastym lecie, poszliśmy do pokoju dziadka po nożyce. Ledwie się tam znaleźliśmy, a już staliśmy naprzeciw siebie gotowi do walki. Kotłowaliśmy się z dziesięć minut. Magda przewróciła nogą krzesło, ale walczyła jak lew. Ostatkiem sił położyłem ją na łopatki i leżąc na niej, sapiąc z ustami przy jej uchu, uświadomiłem sobie, że nie jesteśmy dziećmi. Magda miała całkiem duże piersi, kobiece biodra i włosy pod pachami. Później nieustannie prowokowałem gry w których mogłem jej dotykać, a Magda, kokietka, zaczęła nosić spódnice. W tych spódnicach łaziła po czereśni i prosiła, żebym jej pomagał zejść z gałęzi. Śniła mi się co noc. W pierwszych erotycznych snach dotykałem jej popielatych włosów, pieściłem jasną skórę i całowałem pełne, bardzo czerwone usta. Wiedziałem, że nie powinienem, ale pokochałem ją pierwszą szczeniacką miłością, na zabój i popłakałem się, kiedy trzeba było odjeżdżać do domu. Przytuliła mnie na stacji kolejowej i dała mi soczystego całusa. Nie płacz – powiedziała, za rok będzie jeszcze lepiej. Będziemy starsi, będą jabłka – dodała i obydwoje parsknęliśmy śmiechem.
Za rok były jabłka, Magda była starsza, ładniejsza i bardziej kobieca a ja przez całe lato czułem tak silne napięcie, że o mało nie zwariowałem. W kolejny roku, to samo. Mieliśmy wtedy swoją paczkę. Podbieraliśmy dziadkowi wino z gąsiora i popalaliśmy marsy nad Łabuńką. Ale w deszczowe dni, jak dawniej, przesiadywaliśmy sami i godzinami graliśmy w karty i kości. Gadaliśmy o książkach, o duchach, o podróżach, które kiedyś odbędziemy i snuliśmy plany na przyszłość. Po liceum chcieliśmy obydwoje pójść na studia do Krakowa i zamieszkać najbliżej siebie, jak się da. Może razem?
Miałem dwa życia, które prawie się ze sobą nie łączyły. Zwyczajne w wietrznym i ponurym Kołobrzegu i wakacyjne z Magdą. W czasie roku szkolnego nie pisaliśmy listów, nie gadaliśmy godzinami przez telefon, ale kiedy przyjeżdżałem do Zamościa, było tak, jakbyśmy się nigdy nie rozstawali. W maju 90 roku skończyłem 18 lat. Wtedy dostałem ten sygnet. Przy śniadaniu otworzyłem kopertę z życzeniami od dziadków. Od nich, podobnie jak od ojca, dostałem pieniądze. Kopertę od Magdy odłożyłem na bok, bo nie chciałem czytać listu od niej przy rodzicach. Mama złożyła mi życzenia i wręczyła mikroskopijnej wielkości paczuszkę.
- Pierścionek? – zdziwiłem się szczerze
- To sygnet – powiedziała matka – Jest bardzo cenny, ale nie możesz go sprzedać.
Znałem historię prapradziadka, który przez długi czas mieszkał w Stanach, ale nie wiedziałem, że uratował życie jakiemuś człowiekowi, który tonął w jeziorze Michigan. Dzidek nurkował po niego kilka razy i robił mu sztuczne oddychanie, aż tamten wrócił do życia, chociaż wszyscy wkoło mówili, że się nie uda. Żona tego mężczyzny podarowała mu sygnet z płaskim czarnym kamieniem na którym inkrustowane były litery MC i z przeogromnym brylantem. Poprosiła dziadka, żeby nie sprzedawał sygnetu, tylko podarował go swojemu najstarszemu dziecku, kiedy dorośnie. W czasie kryzysu prapradziadek wrócił do Polski. Sygnet przetrwał wszystkie zawieruchy. Dostał go pradziadek, potem babcia, na osiemnaste urodziny dostała go mama, a teraz ja.
Magda napisała, że mnie kocha.
Odpisałem jej że też ją kocham i wysłałem list w poniedziałek. Nie odpisała.
Jakoś przetrwałem do wakacji, ale Magda nie skomentowała, naszych listownych wyznań. Gdyby nie była moją ciotką natychmiast poprosiłbym ją o rękę, wzięlibyśmy ślub i żyli długo i szczęśliwie. Tymczasem udawaliśmy, że nic się nie wydarzyło.
I od razu na początek wakacji, ktoś z paczki wpadł na pomysł, żeby jechać do Krasnobrodu na odpust. Pod namioty na tydzień. Odpust, to tylko pretekst. Babcia się zgodziła, bo ja już byłem pełnoletni, a Magda prawie. W noc przed wyjazdem przyszła do mnie do pokoju. Nie zapaliła światła, usiadła w nogach łóżka i coś tam bredziła, że nie wyobraża sobie życia beze mnie i że chyba zwariuje jak coś się nie zmieni. Że nie możemy, w każdym razie ona nie może, udawać, że niczego do mnie nie czuje, a że nie możemy być razem, więc musimy spróbować być z kimś innym, że świat jest bez sensu, ale prosi, żebyśmy spróbowali zapomnieć i pokochać kogoś innego. Trochę nie trzymało się to kupy, ale musiałem przyznać jej rację. Nie mogliśmy być razem, więc musieliśmy dać sobie wolność. Tylko nie wiedziałem, że ona chce wprowadzić ten plan w życie jeszcze na tym wyjeździe. Myślałem, że poczeka do końca lata.
Pierwszego dnia pobytu w Krasnobrodzie, na dyskotece poznała jakiegoś chłopaka. Miał kręcone włosy i był ze śląska. Spędzał na roztoczu wczasy z rodzicami i siostrą. Robił z Magdą to wszystko, o czym ja marzyłem od czasu jak odkryłem różnicę płci. Nigdy wcześniej, ani później nie doznałem uczucia takiej palącej zazdrości. Myślałem, że zwariuję. Po trzech dniach spakowałem manatki i wróciłem do Kołobrzegu. Nie chciałem jej dłużej znać.
W Boże narodzenie okazało się, że Magda jest w ciąży, a w kwietniu urodziła córkę. Mama była bardzo poruszona, kiedy mi o tym powiedziała. Bo Magda nie zdradziła, kto jest ojcem.
- Bo pewnie nie wie nawet jak się nazywa – wrzasnąłem taki wściekły, że aż się we mnie gotowało – Może nawet nie podał jej nazwiska. Ale dziecko może mieć kręcone włosy i zaciągać po Śląsku.
Wsypałem ją z mściwą satysfakcją. Niech ma! Nie zamierzałem tego lata spędzać u dziadków. Za nic na świecie! Potem zdałem egzaminy i dostałem się na politechnikę do Gdańska. Nie do Krakowa na geografię, jak planowaliśmy z Magdą. Jakie to miało znaczenie? wiedziałem, że zdała maturę, ale pewnie i tak nie zamierzała się dalej uczyć. Po egzaminach mama poprosiła mnie, żebym jednak pojechał. Magda była w dołku, z którego dziadkowie nijak nie mogli jej wydostać. Zgodziłem się, niechętnie i tylko do połowy sierpnia. Potem miałem jechać z chłopakami z klasy w Bieszczady.
W pociągu aż mnie trzęsło. Zastanawiałem się, czy nie wysiąść w Warszawie i nie wrócić do domu.
A jednak nie było źle. Babcia, jak gdyby nigdy nic, biadoliła, że w tym roku powinny być jabłka, a nie ma i że pewnie będzie koniec świata, skoro drzewa dwa lata z rzędu nie owocują. Mała Ania była pogodna, słodka, jasna jak Magda i łysa jak kolano. Żadnych loczków. Po dwóch tygodniach, kiedy się dogrywaliśmy, znowu było jak dawniej. Włóczyliśmy się po mieście, przesiadywaliśmy nad rzeczką i graliśmy w karty. Tylko, że wszędzie towarzyszyła nam mała. Jak stare dobre małżeństwo pchaliśmy wózek i zmienialiśmy pieluchy. Pomagałem prać, wieszać, kąpać i usypiać. Wybaczyłem jej wszystko prawie od razu. Szybciej, niż wydawało mi się to możliwe i znowu o niej śniłem nocami.
To ja pierwszy przekroczyłem granicę, nie ona. Ja powinienem być ukarany. Siedzieliśmy pod drzewem na kocu i Ania zaczęła popłakiwać. Magda szukała butelki, ale zapomnieliśmy zabrać jej z domu.
- Odwróć się – powiedziała – nakarmię ją piersią
Leżałem na boku tyłem do niej, ona opierała się o drzewo a stopy trzymała na moich plecach.
Spytałem, czy mogę popatrzeć. Nie zaprotestowała, więc przeturlałem się na drugi bok. Mała ssała przez chwilę a potem zajęła się guzikiem przy bluzce.
- Co to jest? – Dotknąłem małej sinej blizny biegnącej od odstawy ku środkowi piersi. Jednej z wielu.
- Rozstępy. Robią się, kiedy piersi szybko rosną w ciąży. Mama mówi, że kiedyś nie będzie ich widać.
- Magda, co z nami będzie? – spytałem i kciukiem potarłem różowy, nabrzmiały sutek wilgotny od mleka.
Pokręciła tylko głową. Wyglądała, jakby się miała rozpłakać. Podała mi Anię, zapięła bluzkę i zaczęła pakować rzeczy do wózka.
A za chwilę był sierpień. Biłem się z myślami. Jechać w te Bieszczady, czy zostać do końca września? Mógłbym zostać, ale co to da?
Tymczasem dziadkowie, pierwszy raz w życiu, postanowili jechać do Częstochowy. Stwierdzili, że obydwoje jesteśmy dorośli i poradzimy sobie bez nich. Dziadek miał jakąś daleką rodzinę w Olkuszu i mieli się u nich zatrzymać na kilka dni. Obiecali wrócić 16, tak żebym zdążył wyjechać w te góry. Łada pomyślnie przeszła kontrolę u mechanika i 11 dziadkowie wyjechali. Pierwszego dnia urządziliśmy imprezę. Przez dom przewinęło się ze dwadzieścia osób. Magda nie piła, bo przecież karmiła małą i wspólnie kłamaliśmy wszystkim, że dziadkowie wracają jutro, bo zapowiadało się, że goście zechcą zostać na dłużej. Pół drugiego dnia sprzątaliśmy pobojowisko i wietrzyliśmy duży pokój w którym niemożliwie śmierdziało fajkami. Wieczorem siedzieliśmy za blisko siebie na kanapie, przed telewizorem i nagle zrobiło się tak dziwnie, że wstałem i poszedłem do swojego pokoju. Magda przyszła za chwilę.
- Karol, obiecaj, że więcej tu nie przyjedziesz – powiedziała
Kolejnych trzech dni nie zapomnę nigdy. To było szaleństwo i spełnienie najskrytszych marzeń. Może dlatego się nie ożeniłem? Bo żadna kobieta nie dała mi tylu emocji, co Magda, przez te trzy dni i noce. Miała w sobie tyle nieporadnej, szczeniackiej namiętności.
Potem dałem jej sygnet. Włożyłem na serdeczny palec i spytałem, czy zostanie moją żoną. Odpowiedziała, że tak i śmieliśmy się, chociaż obydwojgu bliżej nam było do płaczu. Opowiedziałem historię prapradziadka i poprosiłem, żeby przekazała sygnet Ani, kiedy dorośnie. Byłem już spakowany i przyszykowany do wyjazdu, kiedy mała dostała gorączki. Płakała przeraźliwie i nie mogliśmy jej uspokoić. Termometr wskazywał 39.8 kresek. Zadzwoniłem do matki a ona kazała wezwać pogotowie. Zabrali ją do szpitala i nie pozwolili nam być na oddziale. Lekarz powiedział, że podejrzewają zapalenie opon mózgowych i że pewnie do jutra się wszystko rozstrzygnie.
W domu Magda krzyczała, że to przez nas, przez kazirodztwo, że jak Ania umrze, to ona się zabije. Nie odważyłem się nawet jej przytulić. Rano nie było jej w domu. Pojechałem do szpitala, ale tam też jej nie było a stan Ani się nie poprawił. Znalazłem ją w kościele. Modliła się u Matki Boskiej i była dziwnie spokojna. Powiedziała, że mała na pewno wyzdrowieje. Wieczorem wrócili dziadkowie a następnego dnia rano wyjechałem prawie bez pożegnania, jak ostatni drań. Teraz uświadomiłem sobie, że Magda zaniosła sygnet do katedry właśnie tamtego ranka. W intencji zdrowia córki i żeby Bóg, w którego ja nie wierzyłem, nam wybaczył.
Przez długi czas docierały do mnie jakieś wiadomości. Ania wyzdrowiała, a Magda wyszła za wojskowego i miała z nim dwóch synów. Mieszkała w Sandomierzu. Potem się rozwiodła. Mama zmarła na raka, osiem lat temu, a przed śmiercią powiedziała, że została adoptowana przez dziadków, kiedy miała pięć lat. Nie miałem pojęcia, że dziadek, ojciec Magdy, był drugim mężem babci. Pewnie dzieci nie mógł mieć jej pierwszy mąż, skoro zaraz po drugim ślubie zaszła w ciążę. Nie byliśmy z Magdą spokrewnieni.
Wkrótce po mamie nagle zmarła babcia. Mój ojciec ożenił się, wyjechał do Wrocławia i miałem dwójkę przyrodniego rodzeństwa. Do dziadka pisałem kartki z życzeniami na święta. Rozmawiałem z nim tylko wtedy, kiedy numer wykręcał ojciec i byłem pewny, że Magdy u niego nie ma.
Nogi same poniosły mnie w stronę tego domu. W tym roku powinny być jabłka, chyba że znowu coś się naturze pomieszało. Minęło 20 lat. Sad był bardzo stary a drzewa zasłaniały wszystkie budynki. Jabłka były. Dziwne, że w centrum dużego miasta zostały takie piękne, prawie wiejskie działki. Furtka otwarta, trawę ktoś kosił dosłownie przed chwilą, bo jeszcze nie zdążyła zwiędnąć. Zapukałem do domu, ale nikt nie odpowiedział. W przedpokoju stało dużo butów. Ktoś z dziadkiem mieszkał. Wiedziałem, że zaraz ją zobaczę i poczułem się jak dzieciak, który przyjechał na wakacje. Niby do dziadków, ale tak naprawdę tylko do niej. Co będzie dalej? Nie wiem.
Komentarze (4)
-
- Jarosław Trześniewski
- 30 czerwca 2011, 20:03:32
Przeczytałem jednym tchem. Świetna narracja. Czekam na cd.
-
- to tylko ja
- 30 czerwca 2011, 22:30:57
Powiem (napiszę) krótko. Chciałabym sama być autorką tego tekstu. Fenomenalny!!!
-
- Tomek .
- 01 lipca 2011, 07:49:42
Czyta się.
-
- Czarna Porzeczka
- 01 lipca 2011, 19:32:19
Bardzo dziękuję. Wróciłam po długiej nieobecności i postanowiłam się trochę poudzielać. Jakoś się nie mogę połapać w tym wszystkim, ale już wiem jak zostać czyimś czytelnikiem :) Pan Trześniewski na pierwszy rzut.